sobota, 4 lipiec 2020 r.
Bip
Bezpieczny Powiat K-ki
Bezpieczny Kraków
   Sprawy OSP
 
 Liczba odwiedzin : 2797572

 


Kalendarium: rok 2000


Rok: | 1992 | 1993 | 1994 | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 |


18 stycznia powstał pożar w altanie przy ul. Na Załęczu. Informację na ten temat zamieścił Dziennik Polski 20.11.2000 r. w notatce "Śmierć od świeczki": "W nocy z wtorku na środę wybuchł pożar na terenie ogródków działkowych przy ulicy Na Załęczu w Krakowie (...). Z wstępnych ustaleń wynika, że źródło ognia nie było tam, gdzie stał piecyk, więc - jak się sądzi - pożar mógł powstać od świeczki lub papierosa. Z przeprowadzonych wczoraj badań ciała wynika, iż najprawdopodobniej w tym przypadku nie było udziału osób trzecich. Mężczyzna spał na łóżku, które zajęło się ogniem. 70-latek najpierw zaczadził się, po czym ciało objęły płomienie". Akcja gaśnicza prowadzona z pomocą 2 samochodów gaśniczych trwała około 2 godz.
 
26 stycznia Gazeta Krakowska z 26.01.2000 r. w notatce "Lodowiska dla dzieciaków" poinformowała o wsparciu ze strony straży pożarnej dla akcji tworzenia lodowisk: "Ponad 60 próśb o pomoc w organizowaniu lodowisk mają małopolscy strażacy. Za kilka dni rozpoczynają się w naszym województwie ferie zimowe, nie wszystkie dzieci będą mogły wyjechać na wypoczynek w góry. Dla tych, którzy zostają w domach strażacy wyciągają pomocną dłoń. Oferują pomoc w urządzaniu przyszkolnych i osiedlowych lodowisk".
 
2 lutego nietrzeźwy mężczyzna wdrapał się na przęsło mostu Piłsudskiego z zamiarem popełnienia samobójstwa. Na miejsce wezwano policję oraz straż pożarną. Przebieg tego zdarzenia opisała Gazeta Wyborcza z 04.02.2000 r w artykule "Godzina na przęśle": "Kapitan Lesław Nędzka, dowódca Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 2: - Dotarliśmy tam przed dwudziestą trzecią; wóz gaśniczy, operacyjny, z drabiną i skokochronem. Napompowaliśmy poduszkę, ale musieliśmy cały czas ją przenosić z miejsca na miejsce, ponieważ facet nerwowo przemieszczał się po przęśle w poprzek konstrukcji. Biegaliśmy z nią niemal po całym moście. Strażacy ustawili wóz z drabiną, lecz nie mogli jej użyć, dopóki czynna była trakcja elektryczna linii tramwajowej, biegnącej ponad mostem. Po kilkudziesięciu minutach pojawiło się pogotowie energetyczne oraz ekipa z MPK i wspólnie wyłączyły zasilanie. Pomoc mogła ruszyć. Desperat nadal był niespokojny. Chodził po przęśle i powtarzał w kółko: - Mamo, mamo! (...) Minęła prawie godzina akcji ratowniczej, gdy Jan B. nagle się uspokoił. Wtedy 38-letni starszy sierżant z Komendy Miejskiej Policji wszedł do kosza, który wieńczy strażacką drabinę. Konstrukcja uniosła się do góry. Po kilku minutach funkcjonariusz i niedoszły samobójca stanęli bezpiecznie na jezdni mostu (...). Janem B. zaopiekowali się lekarz i sanitariusze. Karetką przewieziono go do Szpitala Neuropsychiatrycznego im. Babińskiego i poddano krótkiemu badaniu.
 
23 lutego około południa powstał pożar przy ul. Wybickiego. Zdarzenie to relacjonowała Gazeta Krakowska z 24.02.2000 r. w notatce "Pożar biurowca": "- Najpierw zobaczyłam dym, w sekundzie na korytarzu zrobiło się tak czarno, że nie dało się przejść. Ja jeszcze zbiegłam po schodach. Innym ogień odciął drogę. Ludzie skakali z okien, schodzili po drabinach - tak opisuje dramat jak wczoraj wydarzył się w biurowcu "Chemkopu" przy ul. Wybickiego w Krakowie, jedna z pracujących w nim osób. Ogień strawił cały budynek, rozprzestrzeniał się błyskawicznie, rozsiewał toksyczny dym z płonących tworzyw sztucznych. 35 strażaków i 12 wozów bojowych pospieszyło na pomoc 100 uwięzionym tu ludziom.
To był poważny pożar. Akcję utrudniało silne zadymienie, jakie dają trawione przez ogień materiały syntetyczne - wykładziny pokojowe, komputerowe kable. Nie dało się wejść bez aparatów ze sprężonym powietrzem. Jedną osobę przytrutą tlenkiem węgla pogotowie odwiozło do szpitala. W budynku pracowało 100 osób, można mówić o dużym szczęściu, że nikt więcej nie ucierpiał - mówi kierujący akcją młodszy kapitan Ryszard Szlachta ze straży pożarnej.
To właśnie w pokoju gdzie składano komputerowe części ogień pojawił się pierwszy. Według wstępnej oceny strażaków prawdopodobnie ktoś go zaprószył, bądź nastąpiło zwarcie instalacji elektrycznej. Pracownik będący w sąsiednim pokoju chwycił gaśnicę, ale zamiast zdusić płomienie pognały one korytarzem uzyskując pożywkę ze świeżego". Akcja ratowniczo-gaśnicza trwała ponad 2,5 godz. Straty materialne oszacowano na 300.000 zł.
 
1 marca wczesnym rankiem wezwano straż pożarną do mieszkania na os. Jagiellońskim. Po otwarciu drzwi znaleziono nieprzytomnego, zaczadzonego młodego mężczyznę oraz 2 jego psy. Próba reanimacji prowadzona przez strażaków, a potem lekarza pogotowia nie powidła się. Równocześnie do mieszkania podano 1 prąd wody. Akcja gaśnicza trwała 1,5 godz. Spaliły się meble kuchenne, opaleniu uległy ściany w mieszkaniu. Straty materialne oszacowano na 30 000 zł.

- około godz. 14.30 powstał pożar w domu jednorodzinnym przy ul. Na Błonie. W jego wyniku przytruciu uległ 93-letni mężczyzna. Ponadto ogień osmalił mu włosy. Nie zgodził się jednak na przewiezienie do szpitala. Strażacy ugasili pożar 1 prądem wody. Łącznie akcja ratowniczo-gaśnicza trwała 0,5 godz.
 
16 kwietnia wczesnym rankiem wybuchł pożar na os. Przy Arce. Relację z tego wydarzenia zamieściła Gazeta Wyborcza z 17.04.2000 r. w notatce "Ogień w wieżowcu": "Gdyby strażacy spóźnili się kilka minut, wszyscy byśmy zginęli - Waldemar Grudkowski pokazuje spalone częściowo drzwi. Starszy mężczyzna mieszka z żoną i córką na piątym piętrze wieżowca nr 15 na osiedlu Przy Arce. W niedzielę nad ranem całą trojkę obudził odgłos wybuchu i krzyk sąsiadki z naprzeciwka. - Wołała o pomoc. Ledwo zdążyła uciec z wnukami. Za nimi widać było już tylko ścianę ognia - opowiada Grudkowski. W płonącym mieszkaniu nocowały cztery osoby, w tym dwoje kilkuletnich dzieci. Ich ojciec uratował się, schodząc przez balkon piętro niżej do sąsiadów. Stamtąd zadzwonił po strażaków. (...). Zbudzeni mieszkańcy próbowali na własną rękę gasić płomienie. Wodę znosili w garnkach i wiadrach. Wszystko na nic. Gęsty, biały dym wypełniał korytarze na górnych kondygnacjach. Kto mógł, uciekał na zewnątrz budynku, inni uszczelniali wejścia do mieszkań mokrymi ręcznikami i wychodzili na balkony, oczekując na pomoc (...).
W bloku czuć spaleniznę. Cały korytarz na piątym piętrze pokrywa gruba warstwa sadzy. W wielu miejscach z sufitu odpadły olbrzymie płaty tynku. Od wysokiej temperatury popękały grube szyby oddzielające klatkę schodową od korytarza; wygiął się również strop nad wypalonymi pomieszczeniami. (...) Natychmiast po przy byciu na miejsce (strażacy) odcięli dopływ prądu i gazu oraz ewakuowali ok. 120 osób z najbardziej zagrożonych pięter. Niektórzy w ognioodpornych ubraniach wchodzili do płonących pokoi, aby od środka gasić ogień. Akcję ratunkową zakończyli po prawie trzech godzinach. Do szpitala na obserwację trafiło siedem lekko zaczadzonych osób, w tym lokatorzy spalonego doszczętnie mieszkania. Większość wypisano już przed południem". W akcji ratowniczo-gaśniczej uczestniczyło 54 strażaków i 10 samochodów pożarniczych, w tym 3 gaśnicze i 2 drabiny mechaniczne.
 
5 maja tragiczny był finał pożaru przy ul. Jasińskiego. Zdarzenie to opisała Gazeta Krakowska z 6-7.05.2000 r. w notatce "Śmiertelne zaczadzenie": "O godz. 4 nad ranem (...) pożar wybuchł w mieszkaniu na IX piętrze. Na miejsce przyjechało 6 sekcji straży pożarnej. Cala akcja trwała 3 godz. Trzeba było ewakuować 15 lokatorów mieszkających na IX i X piętrze. Niestety, w wyniku zaczadzenia zmarła 80-letnia kobieta. Doszczętnie spłonęło jedno mieszkanie. (...) Na miejsce przybył prokurator i policja. Trwa ustalanie przyczyn pożaru. Są dwie prawdopodobne wersje. Albo nastąpiło zwarcie instalacji elektrycznej, lub lokatorka zostawiła na noc włączoną lampkę nocną, która upadła na łatwopalny materiał. Straty w budynku wyceniono na 70 tyś. zł."
 
17 maja przy okazji strażackich uroczystości w Komendzie Miejskiej gościł ks. kard. Franciszek Macharski. Wydarzenie to zrelacjonowała Gazeta Krakowska z 18.05.2000 r. w notatce "Rycerze św. Floriana": "Witając dostojnego gościa Komendant Miejski PSP, starszy brygadier Antoni Nawrot przypomniał w krótkim wystąpieniu, że to druga w historii miejskiej straży wizyta kościelnego hierarchy. Przed 75 laty remizę odwiedził krakowski biskup książę Adam Sapieha, późniejszy metropolita. Poświęcił wtedy fajermański sztandar i wbił w drzewce pamiątkowy gwóźdź. Tę pamiątkę, cudem ocalałą, z dumą prezentowali kardynałowi Macharskiemu krakowscy strażacy (...).
<br><br>Kardynał Macharski wykorzystał fakt, że z okazji święta strażacy zebrali się na placu apelowym. Witał się z weteranami tego trudnego i niebezpiecznego zawodu, błogosławił tych, którzy aktualnie pełnią służbę, rozmawiał też najmłodszymi strażakami. aspirantami z nowohuckiej szkoły. Z okazji święta strażaka najbardziej zasłużeni fajermani odznaczeni zostali odznaczeniami państwowymi i medalami. Otrzymali też honorowe dyplomy i listy gratulacyjne. W obchodach uczestniczyli m.in. starosta krakowski Renata Godyń-Swędzioł, Komendant Wojewódzki PSP st. brygadier Kazimierz Krzowski".
 
28 maja nad Krakowem i jego okolicami przechodziła ogromna burza. Konsekwencje tego wydarzenia opisał Dziennik Polski z 29.05.2000 r. w notatce "Trafiony Kraków": "Wczorajsza gwałtowna ulewa przyczyniła się - zdaniem policjantów - do wypadku, do którego doszło wczoraj, ok. godz. 14, w Alwerni - na drodze 780. Wyprzedzający poloneza kierowca forda wpadł w poślizg i jego auto stanęło bokiem na jezdni. W forda uderzył dostawczy mercedes jadący z przeciwnego kierunku i wyprzedzany polonez. W wyniku uderzenia zginął kierowca forda; pozostali dwaj kierowcy są ranni, podobnie jak 3 pasażerów poloneza.
Konar uderzonego piorunem drzewa spadł na 50-letnią kobietę, która wraz z synem była na festynie w Lesie Wolskim (w rejonie polany Lea). Dziecku nic się nie stało, natomiast kobieta doznała obrażeń nóg i biodra.
Łamiące się konary i przewracające drzewa tarasowały ulice w Krakowie; uszkodzonych zostało przynajmniej kilka samochodów (...). Na pl. Centralnym konary wybiły trzy szyby wystawowe sklepu z pamiątkami. Drzewa padły też m.in.: na ul. Księcia Józefa, Królowej Jadwigi, na os. Zgody, Handlowym, w Zbydniowicach. Piorun uderzył w stodołę w Rząsce, która zapaliła się. Z kolei w Sieprawiu wichura zerwała blachę z dachu kościoła (wiatr i walące się drzewa zerwały również sieć energetyczną w niektórych podkrakowskich rejonach). Strażacy odbierali też telefony z prośbami o wypompowanie wody z zalanych piwnic - głównie z rejonu Nowej Huty, gdzie nawałnica miała najgwałtowniejszy charakter. W niektórych miejscach Krakowa spadł grad (głównie w Nowej Hucie), a biało od lodowych kulek było m.in. na ulicy Mogilskiej, w pobliżu siedziby policji". Tego dnia strażacy interweniowali 64 razy.
 
4 czerwca podczas kąpieli w Wiśle na wysokości Facimiechu utonęły 4 osoby, a 1 została uratowana i przewieziona do szpitala. Na miejsce zdarzenia wezwano straż pożarną. Strażacy rozpoczęli poszukiwania przy użyciu pontonu i bosaka. Po przybyciu płetwonurków z JRG 4 prowadzono przeszukiwanie dna rzeki. W czasie penetracji odnaleziono zwłoki 12-letniej dziewczynki. Przeszukiwania prowadziły dwie ekipy płetwonurków wspomagane przez 4 osady (3 pontony, 1 łódź motorowa). Działania prowadzono do wyczerpania możliwości fizycznych płetwonurków i zapadnięcia całkowitego zmroku. Poszukiwania prowadzone następnego dnia polegały na penetracji dna rzeki przez płetwonurków z JRG 4 oraz Policji. Około godz. 12 płetwonurek odnalazł zwłoki 15-letniej dziewczynki. O godz. 18.15 odnaleziono zwłoki 39-letniej kobiety. Działania zakończono około 20.25. W dniu 6 czerwca o godz. 9.15 rozpoczęto dalsze poszukiwania. Około godz. 10.15 znaleziono zwłoki ostatniej ofiary - 12 letniej dziewczynki w miejscowości Kopanka ok. 5 km od miejsca utonięcia. Łącznie akcja poszukiwawcza trwała 43 godz. i 5 min
 
12 czerwca do zaskakującego wypadku drogowego doszło przy ul. Balickiej. Jego okoliczności opisał Dziennik Polski z 13.06.2000 r. w notce "Chwila nieuwagi": "Pod jadącą tamtędy lokomotywę, która ciągnęła cysterny z paliwem, wpadł samochód "Renault Megane" (...). Kierowca samochodu "Renault" powinien zobaczyć lokomotywę z cysternami po swojej lewej stronie; nadto - dla jadących w kierunku Krakowa tor jest bardziej widoczny, gdyż przecina ulicę skosem - biegnącym w stronę auta, niejako przed nim (a stamtąd właśnie nadjechał pociąg), a nie za nim.
- Lokomotywa uderzyła zderzakiem w lewą stronę pojazdu, w okno - tam, gdzie siedzi kierowca. Następnie przeciągnęła jeszcze samochód około 40 - 50 metrów po torach, nim hamujący skład zdołał się zatrzymać. Samochód został zmiażdżony, trzeba było go rozcinać, by wyciągnąć kierowcę. Doznał on bardzo poważnych obrażeń - mówi kapitan Krzysztof Mendak z Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 3 w Krakowie - Przez ten przejazd często jeżdżą nasze samochody i nigdy nie było problemu. Pociągi wolno przejeżdżają i nie sposób nie zauważyć oznakowania: przejazd jest widoczny, jest ostrzeżenie. Jestem bardzo zaskoczony, że doszło tam do takiego wypadku". Straty materialne oszacowano na 25.000 zł.
 
20 czerwca przed północą powstał pożar w stadninie koni przy ul. Agatowej. Relację strażaków z tego zdarzenia zamieścił Dziennik Polski z 23.06.2000 r. w notatce "Stadnina w ogniu": "- Byliśmy na miejscu o 23 - mówią strażacy. - Ogniem objęty był już cały budynek stadniny. Zaczęliśmy gasić pożar i równocześnie wyprowadzać konie, które były w środku. Za chwilę przyjechały kolejne jednostki ratownicze, policja i załoga pogotowia energetycznego, która odłączyła prąd. Do godz. 6 rano przekopywaliśmy, siano i polewali je wodą.
W akcji ratowniczej uczestniczyło 11 jednostek ratowniczych straży pożarnej oraz 13 policjantów z oddziałów prewencji, którzy zostali zaangażowani do zabezpieczenia terenu pożaru. Pomagali też chwytać konie, które rozbiegły się po najbliższej okolicy. Ogień strawił znaczną część stajni, w której trzymane były konie i pasza dla nich. W zadaszonym drewnianym kompleksie pozostało kilka boksów po nie objętej pożarem stronie budynku. Jeszcze w środę w południe strażacy dogaszali tlące się pogorzelisko. Usuwano także ze stajni szczątki spalonych koni. Spłonęły 2 ogiery, 2 wałachy oraz 4 klacze. Kilka koni zostało także zranionych. (...) Na razie nie wiadomo, skąd wziął się ogień. - W grę wchodzi podpalenie lub zwarcie instalacji elektrycznej - twierdzą strażacy". Straty materialne oszacowano a 100.000 zł.
 
21 czerwca do niebezpiecznego rozszczelnienia cysterny z propanem-butanem doszło na bocznicy kolejowej w Prokocimiu. Notatkę z akcji straży pożarnej pt. "Gorąca klapa" zamieścił Dziennik Polski z 23.06.2000 r.: "Ponad dziewięć godzin trwała akcja (...), w której brało udział m.in. sześć sekcji straży pożarnej, w tym pluton ratownictwa chemicznego (...). - Prawdopodobnie było to wynikiem nieszczelności tzw. klapy rewizyjnej, być może do tego uszkodzenia doszło w trakcie przetaczania wagonów, gdy były wstrząsy. Wprawdzie podjęto próbę domknięcia klapy cysterny, ale była ona (także cały zbiornik, gdyż było bardzo gorąco) bardzo nagrzana, więc przystąpiono najpierw do jej schładzania. W końcu cysternę odtransportowano, pod eskortą straży pożarnej, do miejsca, gdzie można było dokonać awaryjnego przetankowania do innych zbiorników. Na szczęście, nikomu nic się nie stało, nie doszło do skażenia środowiska, choć w takich przypadkach zawsze istnieje duże niebezpieczeństwo wypadku - powiedział nam uczestnik czwartkowej akcji".
 
13 lipca do tragicznego zdarzenia doszło w Wilczkowicach. Opisał je Dziennik Polski z 14.07.2000 w notatce "Zasypani w rowie": "Właściciel domu, jego brat oraz operator koparki od kilku godzin pracowali przy wykopie kanału ściekowego. Rów miał już około 2,5 metra głębokości, gdy w pewnym momencie ziemia zaczęła się osuwać. Na mężczyzn runął grad kamieni z ziemią. W sekundę później wszyscy zostali zasypani. Do nieszczęścia doszło niemal na oczach żony zasypanego właściciela domu. Natychmiast wezwano pogotowie, straż pożarną oraz policję. Ratownicy przystąpili do wykopywania rowów około 18.00. Po kilkunastu minutach pokazała się na powierzchni głowa młodego mężczyzny, brata właściciela budynku. Żył i był przytomny. Całkowicie uwolniono go spod sterty kamieni dopiero przed 20.00. Wówczas karetka odwiozła go do szpitala. Pozostali dwaj mężczyźni nie przeżyli katastrofy. Ratownicy odkopywali ich zwłoki aż do nocy".
 
31 sierpnia w Dziekanowicach powstał pożar obory udojowej należącej do Agencji Rolnej Skarbu Państwa. Wydarzenie to opisał Dziennik Polski z 02.09.2000 r. w artykule "Ludzi i bydło uratowano": "- Piorun wpadł przez dach i rozprysnął się na trzy strony - mówią świadkowie. - W jednej chwili zajął się cały dach.
Rozprzestrzenianie się żywiołu ułatwiał drewniany strop budynku i zgromadzone na strychu siano. W kilkanaście minut później na miejscu znalazły się pierwsze wozy bojowe PSP z Krakowa, wkrótce przyjechały także jednostki OSP (...). Strażakom nie udało się wejść do budynku, bo płonący strop groził zawaleniem. Niedługo potem do Dziekanowic wezwano kolejne jednostki gaśnicze z Krakowa oraz okolicznych gmin. Konieczne było wykorzystanie dwóch potężnych cystern, o pojemności 18 tyś. litrów każda. Wodę dowożono z odległej o kilka kilometrów Dłubni, korzystano również z hydrantu w Dziekanowicach. - Natychmiast po tym jak pojawił się ogień, odcięliśmy dopływ prądu do budynku i wezwaliśmy straż oraz pogotowie energetyczne - mówi kierownik gospodarstwa Janusz Plichta. - Krowy udało się nam wygonić na leżące nieopodal pastwisko. (...) Około godz. 21 konieczne okazało się wezwanie wozu strażackiego z wysięgnikiem, z którego polewano budynek. Ogień udało się opanować około godz. 23, później trwało jeszcze dogaszanie tlącego się siana i drewnianej konstrukcji dachu. (...) Straty oszacowano wstępnie na około 500 tyś. złotych. W piątkowe popołudnie trwało jeszcze przekopywanie pogorzeliska, strażacy ściągali również pozostałości dachu".
 
19 września w Komendzie Miejskiej przebywała delegacja strażaków z Frankfurtu nad Menem,
 
26 września do Wisły przedostała się substancja ropopochodna. Wydarzenie to opisał Dziennik Polski z 27.09.2000r. w artykule "Złapana plama": "Plama ma prawie kilometr długości, płynie głównym nurtem, szeroka na 2 - 3 metry i rozlewa się trochę na boki. To bardzo cienki film olejowy (nie kożuch). Płynie prawdopodobnie od stopnia Kościuszko - mówił nam kpt. Jacek Ambrożkiewicz, dowódca Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr l, specjalizującej się w ratownictwie chemicznym.
Plamę na Wiśle w Krakowie zauważono około godziny 7 rano, na wysokości Komisariatu Wodnego Policji przy ul. Tynieckiej (...). Strażacy dostali zgłoszenie o zdarzeniu dopiero około godziny 9.30. Przed stopniem wodnym Dąbie rozpostarli 200-metrową zaporę (rękawy wypełnione tworzywem), która miała zatrzymać plamę (...). Po południu spuszczono wodę ze stopnia Kościuszko, jak i ze stopnia Dąbie, by przyspieszyć nurty rzeki. Plama przy tym rozbiła się na mniejsze fragmenty. Po godz. 16 substancja dotarła do zapory. Odciągnięto ją do separatora; jak się okazało, tu dopłynęło już tylko 50 litrów. Cała akcja (brały w niej udział dwie jednostki straży, w sumie 18 osób) trwała do godz. 18, zbieranie substancji zabrało ostatnie trzy godziny".
 
6 listopada w 150-rocznicę powstania jednego z największych pożarów w historii Krakowa na Rynku Głównym miało miejsce uroczyste przekazanie i poświęcenie samochodów dla jednostek podległych Komendzie Miejskiej PSP w Krakowie, w tym 8 Lublinów, 2 Opli Astra, Samochodu Ciężkiego Ratownictwa Technicznego Man oraz niskopodłogowej drabiny mechanicznej Iveco-Magirus o wysięgu 30 m z tylną osią skrętną. Pojazdy te o łącznej wartości 4 mln zł. sfinansowała Komenda Główna PSP oraz Urząd Miasta Krakowa. Podczas uroczystości, którą prowadził znany "szwejkolog" Leszek Mazan, w koszu drabiny w kierunku balkonu wieży ratuszowej powędrował. prezydent Krakowa prof. Andrzej Gołaś w towarzystwie st. bryg. Andrzeja ¦widerka - Zastępcy Komendanta Głównego PSP oraz st. bryg. Antoniego Nawrota - Komendanta Miejskiego PSP w Krakowie, gdzie z rąk strażaka odebrał bukiet kwiatów oraz wysłuchał odegranego stamtąd hejnału. W uroczystościach uczestniczyli także m.in. mł. bryg. Tomasz Gartowski - Zastępca Dyrektora KCKRiOL oraz st. bryg. Kazimierz Krzowski - Małopolski Komendant Wojewódzki PSP.
 
26 grudnia w Białym Kościele na skutek niedostosowania prędkości do warunków jazdy doszło do zderzenia Skody Favorit z ciężarowym Renault. W jego wyniku śmierć poniosło 4 członków rodziny w wieku od 18 do 45 lat, a 1 osoba została ranna. Strażacy po przybyciu na miejsce zdarzenia rozcięli sprzętem hydraulicznym karoserię samochodu osobowego i umożliwili udzielenie pomocy medycznej osobom poszkodowanym. Następnie usunęli pozostałości powypadkowe, a miejsce zdarzenia przekazali pod dozór policji.

Rok: | 1992 | 1993 | 1994 | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 |


 

 (c) Komenda Miejska Państwowej Straży Pożarnej w Krakowie
 Administracja