sobota, 4 lipiec 2020 r.
Bip
Bezpieczny Powiat K-ki
Bezpieczny Kraków
   Sprawy OSP
 
 Liczba odwiedzin : 2797587

 


Kalendarium: rok 2002


Rok: | 1992 | 1993 | 1994 | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 |


19 stycznia powstał pożar przy ul. Długiej. Jak napisał Dziennik Polski z 19-20.01.2002 r. w notatce "Śmierć w pożarze" "ogień w mieszkaniu na parterze, w oficynie kamienicy, tlił się prawdopodobnie przez parę godzin. Jednak dopiero przed dziewiątą ktoś zauważył smugę dymu, sączącego się na podwórko przez drzwi wejściowe. Zaalarmowano straż pożarną. Kłęby czarnego dymu pojawiły się na podwórku dopiero wtedy, gdy strażacy wybili okno w mieszkaniu i wyważyli drzwi. Na łóżku znaleźli nieprzytomnego mężczyznę.
- Prawdopodobnie pożar powstał od zaprószenia ognia w kominku. Spaliła się część mebli, ale plamienie nie objęty całego mieszkania. Ogień nie przeniósł się też na sąsiednie pomieszczenia. Niestety - mimo reanimacji - lekarzom nie udało się uratować 50-letniego lokatora mieszkania. Zmarł w wyniku zaczadzenia. Nie stwierdziliśmy w tej tragedii udziału osób trzecich - mówi Agnieszka Walczak z KM Policji."
 
6 lutego w samo południe powstał pożar przy ul Sołtyka. "Sąsiadów zaalarmował gęsty dym ulatniający się z mieszkania położonego na drugim piętrze wiekowej kamienicy. Przybyli na miejsce strażacy (w akcji brały udział trzy zespoły) wyważyli drzwi, użyli również drabiny, za pomocą której dostali się do okien.
- Zdążyliśmy w ostatniej chwili. Właścicielka mieszkania poparzona leżała nieprzytomna na podłodze. Palił się już cały pokój. Zaczynało być groźnie - opowiadał jeden ze strażaków.
Gaszenie pożaru utrudniały wypełniające mieszkanie dziesiątki wypchanych kartonów i duża ilość ubrań. Policja i straż ustalają przyczyny pożaru. Prawdopodobnie zawiniła iskra z pieca, od której błyskawicznie zajęły się kartony. Właścicielka jednopokojowego mieszkania, 70-letnia Klara N., zareagowała zbyt późno. Ogień zniszczył wiekowy kredens, ubrania i dokumenty. (...) Klara N. trafiła na Oddział Oparzeń Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. Ludwika Rydygiera z licznymi oparzeniami tułowia i objawami zatrucia czadem" (Gazeta Wyborcza z 07.02.2002 - "Zdążyli w ostatniej chwili").
26.02.
 
26 lutego przy ul. Kazimierza Wielkiego został przysypany w wykopie pracownik sprawdzający posadowienie budynku. Po nieudanych próbach uwolnienia przysypanego zdecydowano wezwać straż pożarną. "Akcję wydobycia przysypanego człowieka nadzorował osobiście Komendant Miejski Państwowej Straży Pożarnej Antoni Nawrot. Uczestniczyło w niej dwudziestu strażaków (...). W tym jednakże przypadku niepotrzebny był specjalistyczny sprzęt. Najbardziej przydatne były zwykłe wiadra. Dopiero gdy obok wykopu pojawiły się zwały ziemi, strażacy zastosowali poduszki rozprężające, którymi otoczono wiertacza. Ludzie, którzy zgromadzili się wokół miejsca akcji, odetchnęli z ulgą, gdy w wykopie pojawiła się niebieska, włóczkowa czapeczka przysypanego robotnika. Wyszedł o własnych siłach. Dopiero, gdy lekarz i sanitariusze ułożyli go na noszach, można było zobaczyć ziemistą cerę i podkrążone oczy - znak, że pomimo zewnętrznego spokoju, przeżycia ostatnich dwóch godzin pozostawiły ślad w jego psychice" (Dziennik Polski z 27.02.2002 r. - "Ruchome piaski"). Interwencja straży trwała równe 2 godz.
 
7 marca nad Krakowem szalała wichura. Jak napisał Dziennik Polski z 08.03.2002 r. w notatce "Wiatr zniszczenia": "Najwięcej szkód wiatr poczynił w Krakowie. Wczesnym popołudniem na autostradowej obwodnicy miasta, w pobliżu Balic, wichura przewróciła ciężarówkę z przyczepą wypełnioną styropianem. Obwodnica została zablokowana na kilka godzin; policjanci kierowali samochody na objazdy. Ponad godzinę samochody nie mogły przejechać przez ul. Warszawską (blisko Dworca Głównego PKP), bo strażacy musieli stamtąd usunąć deski z rusztowania stojącego przy jednym z budynków. Spadające deski z tego rusztowania zraniły w głowę 20-letnią kobietę, którą odwieziono do szpitala". W związku z wichurą strażacy interweniowali 94 razy.
 
6 kwietnia stanął w ogniu zabytkowy kościół przy ul. Panieńskich Skał. Relację z tego zdarzenia zamieściła Gazeta Krakowska z 08.04.2002 r. w artykule "Msza na pogorzelisku". "Pożar wybuchł kilkanaście minut po pierwszej. Wokół wszyscy spali. Czerwoną lunę na niebie zauważyła dyżurująca sobotniej nocy pracownica nastawni kolejowej na stacji Kraków-Mydlniki. To ona powiadomiła straż pożarną. Na miejsce przyjechało 80 strażaków i wozy bojowe ściągnięte z całego Krakowa.
- Ogień objął już cały budynek. Wiedzieliśmy, że nie mamy szans, że go nie uratujemy - mówi st. kpt. Krzysztof Mendak. Strażacy niezwykle ofiarnie walczyli z żywiołem. A było to prawdziwe piekło - powietrze aż drgało od żaru, ogień na dziesięć metrów raził gorącem nie do zniesienia.
Walczono nie tylko z płomieniami, starano się ratować wyposażenie kościoła, zabezpieczać sąsiednie zabudowania, by pożar się nie rozprzestrzenił. Strażakom udało się wynieść tabernakulum, monstrancje i kielichy.
- Aż tyle czy tylko tyle - boleje ksiądz proboszcz Stanisław Kolarski. - Bezpowrotnie przepadły XVIII-wieczne organy i równie stare święte obrazy. Przepadło wszystko, takie nam drogie, takie cenne.
Ogień doszczętnie strawił cały budynek. Ocalała jedynie ściana przy ołtarzu i krypta dolna". Kościółek ten był już wcześniej podpalony w lipcu 1978 r. przez piromana.
 
1 maja przy ul. ks. Meiera doszło do katastrofy budowlanej. Tak zdarzenie to opisała Gazeta Krakowska z 2-3.05.2002 r. w notatce "Przeżyli własną śmierć": "Akcja ratunkowa rozpoczęła się około godziny 10 rano.
- Na dwóch mężczyzn układających rury kanalizacyjne przy jednym z nowo stawianych bloków zawaliła się ściana blisko trzymetrowego wykopu - mówi kpt. Trojan. - Pomyśleliśmy sobie, że już po nich...
Tymczasem spod ziemi dało się słyszeć głosy mężczyzn. Wołali o pomoc..
- Zaczęliśmy kopać jak najęci - opowiada jeden ze strażaków. - W obawie o poszkodowanych używaliśmy tylko saperek. Musieliśmy też uważać na ściany wykopu, żeby się nie zawaliły na nas. Na miejscu cięliśmy deski i podpieraliśmy nimi wykopy.
Pierwszego mężczyznę wydobyto około godz. 11.30. Drugiego piętnaście minut później. Obydwaj - około trzydziestoletni - robotnicy byli przytomni. Podano im tlen i po krótkich oględzinach odwieziono na ostry dyżur do szpitala przy ul. Modrzewiowej. Jak się dowiedzieliśmy - ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
- Mieli wyjątkowo dużo szczęścia - mówi Wojciech Szparczyk, lekarz dyżurny z Modrzewiowej. - Ziemia przysypała ich tuż obok ułożonego przed momentem rurociągu. Znaleźli się w niszy pozwalającej oddychać. Tylko dlatego przeżyli półtoragodzinny pobyt pod dwumetrową warstwą piasku. U jednego nie stwierdziliśmy nawet żadnych poważniejszych obrażeń. Zauważyliśmy natomiast, że jest... pod wpływem alkoholu. Drugi ma uszkodzony bark.
Zdaniem strażaków, winą za wypadek należy obarczyć. ekipę układającą kanalizację.
- Wykop nie był w ogóle zabezpieczony - twierdzi kpt. Mirosław Trojan. - Robotnicy nie przestrzegali żadnych przepisów budowlanych".
 
4 maja w dzień patrona strażaków - św. Floriana przy bazylice pod wezwaniem tegoż świętego odprawiona został na uroczysta msza św. Zdarzeniu temu poświęcił artykuł pt. "Etos obrońców" Nasz Dziennik z 05.05.2002 r.. Napisano w nim m.in.: "Setki strażaków - reprezentantów miejskich i powiatowych komend PSP, krakowskiej Szkoły Aspirantów, a także delegacji i pocztów sztandarowych OSP z terenu całego województwa - dziesiątki księży, sióstr zakonnych oraz mieszkańców Krakowa wzięło udział we Mszy św. koncelebrowanej, której przewodniczył ks. kard. Franciszek Macharski. Ze względu na liczny udział wiernych i słoneczną aurę Eucharystia sprawowana była na ustawionym przy bazylice ołtarzu polowym, umajonym pięknymi kwiatami. W homilii wygłoszonej przez głównego celebransa misja strażaków - ratowanie życia, zdrowia i dobytku bliźnich - zestawiona została z postawą Syna Bożego, który "nie zatrzymał się w swoim pochodzie miłości i przekroczył granice swojego własnego bezpieczeństwa". - Uczynił to dla dobra innych, w bezinteresownej miłości; dał siebie samego po to, ażeby obronić innych - podkreślił ks. kardynał (...).
Po zakończeniu celebry pod bazyliką uformowała się i wyruszyła na plac Matejki procesja eucharystyczna, którą poprowadził krakowski metropolita. Uczestniczyli w niej m.in. reprezentanci małopolskiej straży pożarnej (wraz z orkiestrą OSP z Tęgoborza), kolejarze, kupcy, przedstawiciele szkoły katolickiej, zaproszeni goście oraz mieszkańcy miasta. Uroczystości zamknięte zostały adoracją Najświętszego Sakramentu, która trwała aż do wieczornej Mszy św. odpustowej".
 
5 maja w Trzebini wybuchł pożar w rafinerii ropy naftowej. Na miejsce zdarzenia skierowane zostały wybrane sekcje z niemal wszystkich krakowskich jednostek ratowniczo-gaśniczych. Okoliczności pożaru obszernie przedstawiła Gazeta Krakowska z 06.05.2002 r. w artykule "Piorun strzelił w rafinerię": "Jak mówią naoczni świadkowie, kilka, sekund dzieliło uderzenie pioruna do potężnego wybuchu. Kopuła zbiornika z przeraźliwą siłą została wysadzona ku górze, a oczom tysięcy mieszkańców Trzebini ukazał się słup ognia. W dramatyczny sposób toczyła się akcja ratunkowa, która w pierwszej fazie ograniczana się tylko do schładzania płonącego zbiornika i odgradzania dostępu ognia do znajdujących się nieopodal trzech kolejnych zbiorników.
- Szczęściem w nieszczęściu jest fakt, że trzy zagrożone wybuchem zbiorniki są dziś wypełnione tylko do połowy. Znajduje się w nich 5 tysięcy metrów sześciennych paliwa. Robimy wszystko, co w naszej mocy, by nie dopuścić do ich wybuchu. Trudno mówić o stopniu zagrożenia kolejnymi wybuchami. Byle zapałka na terenie rafinerii jest niebezpieczna, a co dopiero mówić o płonącym zbiorniku - relacjonowali na bieżąco strażacy z Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Chrzanowie.
Szczęściem w nieszczęściu - okazał się również fakt, że do wybuchu doszło w dzień świąteczny, gdy w rafinerii nie było wielu pracowników. Jedynym lekko rannym okazał się strażak (...). Do godziny 19 na teren trzebińskiej rafinerii zjechały dziesiątki jednostek straży pożarnych, zarówno z województwa małopolskiego, jak i śląskiego, świętokrzyskiego, opolskiego. Co kilka minut przybywały nowe. Wszystkie jednostki ratownictwa chemicznego Polski południowej pośpieszyły z pomocą. Jednak strażacy najbardziej czekali na deteor 1000 (...).
Pomimo dużego zagrożenia nie brano pod uwagę ewakuacji okolicznych domów. Zdaniem strażaków zbiorniki płoną w ten sposób, że nie są w stanie zagrozić mieszkańcom Trzebini, ani głównym trakcjom komunikacyjnym.
- Nie jest dobrze. Ogień się nie rozprzestrzenia, ale nie dajemy sobie rady z ugaszeniem zbiornika. Potrzebujemy więcej sił. Sytuacja staje się coraz trudniejsza, boimy się, że ogień wymknie się nam spod kontroli - takiej informacji udzielił nam o godzinie 20.30 Marek Bębenek, rzecznik PSP w Chrzanowie. Pomimo że od wybuchu minęło prawie pięć godzin, na miejscu nie było jeszcze tyle sił i środków, by móc zapanować nad żywiołem.
O godzinie 21.12 strażacy odetchnęli z ulgą. Ogień zgasł. (...) Największe zagrożenie minęło, ale akcja schładzania trwała nadal. Ile potrwa usuwanie powstałych szkód - tego oszacować się nie da".
 
15 maja do nietypowego zdarzenia wezwano straż pożarną przy ul. Armii Krajowej. Zdarzenie zarejestrował Gazeta Krakowska z 16.05.2002 r. w notce "Owce na rondzie Kraka": "Cztery samochody pożarnicze z JRG nr 3 zostały wysłane w rejon ronda Kraka, żeby ratować biegające owce. Po przybyciu na miejsce okazało się, że były to tylko dwie małe owieczki, wałęsające się po chodniku i poboczu ul. Armii Krajowej. Przy próbie ich złapania wymknęły się i uciekły w stronę ul. Balickiej. Strażacy zapędzili zwierzęta do ogrodowej posesji, złapali i przewieźli na teren jednostki, na ul. Zarzecze. Stamtąd odebrał je właściciel. Owce przywędrowały z ul. Złoty Róg, przedtem niszcząc ogrodzenie posesji".
 
24 czerwca o godzinie 9.30 w Krakowie przy ul. Aleksandry 2 odbyła się uroczystość oddania do użytku nowego obiektu dla Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 6 Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Krakowie. Aktu przecięcia wstęgi dokonał prof. Andrzej Gołaś - Prezydent Miasta Krakowa, st. bryg. Piotr Buk - Zastępca Komendanta Głównego Państwowej Straży Pożarnej oraz st. bryg. Seweryn Dyja - Małopolski Komendant Wojewódzki Państwowej Straży Pożarnej w obecności st. bryg. Antoniego Nawrota - Komendanta Miejskiego Państwowej Straży Pożarnej w Krakowie oraz zaproszonych gości. Poświęcenia obiektu dokonał Jego Eminencja ksiądz kardynał Franciszek Macharski. Uroczystość z wrodzonym sobie poczuciem humoru prowadzili krakowscy redaktorzy Leszek Mazan i Mieczysław Czuma. Znajdująca się na obszarze 0,8 ha Jednostka Ratowniczo-Gaśnicza składa się z 2 obiektów:
- budynku głównego, o powierzchni użytkowej 2627 m2 , z pomieszczeniami socjalno-szkoleniowymi dla strażaków, Punktem Alarmowym, 8 stanowiskami dla samochodów ratowniczych, magazynami środków gaśniczych, siłownią i suszarnią ubrań i węży,
- budynku energetycznego.
Na terenie Jednostki znajduje się również plac do ćwiczeń, małe boisko sportowe oraz wspinalnia.
Do nowego obiektu Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 6 przeniosło się 48 strażaków pełniących dotychczas służbę w użyczonych od PKP od 1.07.2001 r. obiektach przy ul. Kolejowej 4, które były w złym stanie technicznym.
 
31 lipca nad Krakowem przeszła gwałtowna burza, która poczyniła ogromne straty. Wydarzenia te opisał Dziennik Polski z 01.08.2002 r. w notatce "Burza nad Sukiennicami": "Wczoraj około 16.30 nadciągnęła nad Kraków krótka, ale bardzo intensywna burza. Wichura, która poprzedziła opady, wyrządziła w mieście nadspodziewanie duże szkody. Wieczór upłynął strażakom na usuwaniu drzew powalonych na trakcję tramwajową, sieć energetyczną, ulice, parkingi, dachy. Poważniejsze rany odniosło 6 osób, w tym matka z dwójką dzieci, jadąca samochodem ul. Reymonta - samochód został przygnieciony przez złamane drzewo. Wieczorem zmarła jedna z osób przygniecionych przez powalone drzewo.
Do tragedii doszło w sercu miasta, gdzie wiatr powalił jedną z reklam, zawieszonych na metalowej konstrukcji, przymocowanej do ściany Sukiennic. Konstrukcja pociągnęła za sobą renesansową attykę, zwieńczoną maszkaronami".
W związku z wichurą i opadami deszczu strażacy interweniowali tego dnia 79 razy, w tym 20 razy uwalniali przygniecione przez drzewa samochody.
 
18 sierpnia w ramach pielgrzymki papieża Jana Pawła II do ojczyzny na krakowskich Błoniach odprawiona została uroczysta msza św. z udziałem setek tysięcy wiernych. Na temat udziału straży pożarnej w tych wydarzeniach pisał Dziennik Polski z 22.08.2002 r. w artykule "Służby bez zastrzeżeń": "W przygotowanie i realizację pielgrzymki zaangażowano 556 funkcjonariuszy Państwowej Straży Pożarnej oraz 9358 strażaków z jednostek Ochotniczej Straży Pożarnej. W pobliżu trasy przejazdu kolumny papieskiej i w miejscowościach odwiedzanych przez Ojca Świętego doszło do 16 pożarów (w tym jeden miał miejsce w okolicy krakowskich Błoń w trakcie mszy). Straż była także przygotowana na ataki bioterrorystyczne. (...) Strażacy monitorowali także sytuację meteorologiczną i stan wód na rzekach; po raz pierwszy korzystali z radaru NATO oraz dwóch radarów zainstalowanych na terenie Czech, obejmujących Kraków i część Małopolski (w tym Kalwarię Zebrzydowską)".
 
4 września o dość szczególnej formie działalności krakowskiej straży pożarnej poinformował czytelników Dziennik Polski w artykule "Wieczorami na szerszenie": "Wieczorami strażacy zakładają stare kombinezony gazoszczelne, zabierają gaśnice śniegowe i jadą wozami strażackimi usuwać gniazda szerszeni. Codziennie w Krakowie mają nawet po kilkanaście takich wezwań.
- To jakaś plaga - twierdzi młodszy kapitan Robert Anioł, zastępca dowódcy Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 1 w Krakowie (...). Do szerszeni jeździ się wieczorami, ponieważ wtedy owady wracają do swoich siedzib. Strażacy najpierw spryskują gniazdo gaśnicą śniegową, która tak schładza powietrze, że szerszenie nie mają ochoty wychodzić na zewnątrz. Potem wsadzają je do szczelnego pojemnika. W takiej akcji bierze udział od 4 do 6 osób, ubranych w stare, nie spełniające już norm ubrania gazoszczelne, które dobrze chronią przed rozwścieczonymi owadami. Strażacy jeżdżą do akcji wozami gaśniczymi.
- Nie możemy posługiwać się zwykłymi, osobowymi samochodami, ponieważ w każdej chwili możemy dostać wezwanie do pożaru. Nie musimy wtedy wracać do bazy i przesiadać się, tylko zostawiamy szerszenie i jedziemy do akcji - tłumaczy Robert Anioł. (...) Robert Anioł nie radzi używać w tych przypadkach powszechnie dostępnych trucizn na owady.
- "Muchozol" czy inne środki nie działają na szerszenie. Mogą je tylko rozdrażnić - wyjaśnia. Szerszenie zakładają swoje gniazda zarówno w domkach jednorodzinnych, jak i w blokach. W czasie ostatniej wizyty Ojca Świętego trzeba było je usuwać z drzewa koło łagiewnickiego sanktuarium.
Na wiosnę strażacy wzywani są także do usuwania pszczelich rojów. W JRG 1 pracuje trzech strażaków - pszczelarzy, którzy złapanymi rojami wzbogacają swoje pasieki. - Pszczoły roją się na przełomie maja i czerwca. Wtedy powiększa się rodzina w ulu i dla części owadów zaczyna brakować miejsca. Jeśli w odpowiednim czasie nie zostaną przeniesione do nowego ula - roją się - opowiada Marian Suchodolski, jeden ze strażaków - pszczelarzy. Teraz pszczoły przygotowują się już do spoczynku zimowego, nie w głowach więc im rojenie (...).
Strażacy wzywani są także często do zdejmowania kotów z drzew. Czasami jednak odmawiają interwencji. - Gdy okazuje się, że drabina nie sięga do miejsca, gdzie wszedł kot - rezygnujemy. Żaden strażak nie będzie chodził po drzewie. Jeśli kot potrafił sam wejść - to i sam zejdzie - uważa Robert Anioł. Strażacy nie uchylają się od takich interwencji, jak usuwanie gniazd szerszeni, łapanie roju pszczół czy zdejmowanie kotów z drzew, ponieważ to jeden z ich ustawowych obowiązków - usuwanie zagrożeń związanych ze zwierzętami".
 
14 września w I rocznicę tragicznego zamachu terrorystycznego na Twin Towers wizytę w Komendzie Miejskiej złożyła delegacja strażaków z Nowego Jorku.
 
21 października przy ul. Telimeny powstał pożar w bloku na IV piętrze. Przyczyną wypadku była nieuwaga 11-letniego mieszkańca, który pozostawił na kuchence bez dozoru smażące się frytki. Pożar spowodował zniszczenie wyposażenia całego 3-pokojowego mieszkania. W akcji ratowniczo-gaśniczej udział wzięło 22 strażaków, którzy z pomocą 4 samochodów gaśniczych oraz drabiny mechanicznej zlikwidowali zagrożenie. Utrudnienie w działaniach straży spowodował zabudowany drzwiami przez jednego z lokatorów dostęp do regulacji gazu i wody. Straty materialne oszacowano na 150.000 zł.
 
15 listopada 28 strażaków z pomocą 4 samochodów gaśniczych i drabiny mechanicznej gasiło pożar przy ul. Krowoderskiej. Dziennik Polski z 16.11.2002 r. w notce "Spłonęło mieszkanie" napisał na temat tego zdarzenia: "Trzy godziny trwała wczoraj walka strażaków z pożarem, który wybuchł w kamienicy przy ul. Krowoderskiej 37. Doszczętnie spłonęło mieszkanie na ostatnim piętrze, a lokal poniżej nie nadaje się na razie do zamieszkania - został zalany wodą. Na czas akcji z kamienicy ewakuowano wszystkich mieszkańców. Kobiecie w podeszłym wieku trzeba było udzielić pomocy lekarskiej. - Przyczyną pożaru było prawdopodobnie zaprószenie ognia - mówi kapitan Andrzej Nowak z Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Krakowie. - Do jednego z mieszkań musieliśmy się dostać przez okno. Na razie trudno oszacować straty, które spowodował ogień. Mężczyzna z lokalu, w którym pojawił się ogień, został zatrzymany przez policję. Akcja straży pożarnej na kilka godzin sparaliżowała komunikację w centrum miasta".
 
11 grudnia na bocznicy kolejowej w Krakowie-Płaszowie doszło do niewielkiego rozszczelnienia cysterny przewożącej amoniak. Na miejsce wezwano straż pożarną. Działania straży opisał Dziennik Polski z 12.12.2002 r. w notatce "Lodowy korek, wodna kurtyna": "Rota, czyli dwóch strażaków, w gazoszczelnych ubraniach (z kluczami) m.in. docisnęło śruby przy zaworze i po około 15 minutach wyciek ustał - mówi starszy kapitan Jacek Ambrożkiewicz, dowódca Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr l PSP w Krakowie. Następnie stworzono na zaworze tzw. korek lodowy; niska temperatura, połączenie wody z amoniakiem, schłodzenie wszystkiego gaśnicą śniegową spowodowało, że zawór został dodatkowo zaczopowany lodem. - Nie było to konieczne, ale uznaliśmy, że jednak takie zabezpieczenie będzie właściwe. Odczekaliśmy jeszcze około 30 minut, by zobaczyć, czy amoniak ponownie nie zacznie się ulatniać, ale wszystko okazało się już w porządku - powiedział nam przedstawiciel straży.
Jacek Ambrożkiewicz przyznaje, że "mogło istnieć zagrożenie" dla położonego w kilkuset-metrowej odległości osiedla mieszkaniowego (przy ul. Bieżanowskiej), gdyby doszło do poważniejszego wycieku amoniaku. - To co się wydobywało przez zawór, nim go zakręcono i zaczopowano, było w stosunkowo minimalnych ilościach. Już w odległości 3-4 metrów od cysterny nie było czuć amoniaku. Stężenia były tam jeszcze bezpieczne, ale powyżej pewnych wartości mogło być poważnie - dodaje kapitan Ambrożkiewicz. - Dlatego cały czas monitorowaliśmy stężenia i wprowadziliśmy zabezpieczenia, by duże rozszczelnienie cysterny nas nie zaskoczyło i nie stworzyło groźby dla mieszkańców. Amoniak jest gazem duszącym, w dużym stężeniu, byłby bardzo niebezpieczny. Na wszelki wypadek przygotowano się do stawiania tzw. kurtyny wodnej, która miałaby zapobiec rozprzestrzenianiu się chmury amoniaku (górą lub dołem, przy niskiej temperaturze), gdyby wydostał się z cysterny w większej ilości. Początkowo były z tym pewne problemy, gdyż najbliżej położony hydrant, do którego należało się podłączyć, okazał się zamarznięty (ponadto ma małą wydajność); sprowadzono więc z innej jednostki wozy strażackie ze zbiornikami wypełnionymi wodą. - Na szczęście nie trzeba było stawiać kurtyny, ale musieliśmy być w takim przypadku przygotowani na najgorsze; wszystkiego nie uda się nigdy przewidzieć - mówi Jacek Ambrożkiewicz.
Zabezpieczona cysterna, około południa, odjechała do Tarnowa".
 

Rok: | 1992 | 1993 | 1994 | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 |


 

 (c) Komenda Miejska Państwowej Straży Pożarnej w Krakowie
 Administracja